Magdalena Ziętek-Wielomska 

Różnica w postrzeganiu świata między niedorozwiniętymi intelektualnie ludźmi a tymi, którzy przeszli szkołę cywilizacji łacińskiej, jest ogromna. Tym pierwszym można wcisnąć każdą bajeczkę, byleby tylko była napisana zgodnie z regułami sztuki, czyli tak jak się pisze bajki dla dzieci.


Skutki „dekonstrukcji” pojęcia prawdy są straszliwe. Ludzie mentalnie pozostają na poziomie dzieci, które żyją tylko bajeczkami i nie rozumieją otaczającej ich rzeczywistości. Towarzyszy temu charakterystyczny dla dzieci sentymentalizm i niezdolność do racjonalnej oceny sytuacji.

Od mitu do rozumu

Do czasu narodzin filozofii w starożytnej Grecji ludzie żyli w społecznościach rządzonych przez mity i wierzenia religijne. Siłom natury przypisywali boskie moce, niektóre personifikowali w postaci różnych bóstw posiadających swoje imiona i życiorysy. Najważniejszą władzę w tych społecznościach sprawowali kapłani, szamani itp., którzy stali na straży mitów i wierzeń religijnych. Człowiek był zabobonny, odprawiał czary i różne rytuały, za pomocą których miał zjednać sobie przychylność bogów czy też sił natury. Strukturę tych wierzeń odkrył i opisał choćby Mircea Eliade w swoich licznych pracach, wskazując na obecność w nich określonych stałych archetypów, motywów, rytuałów.

W VI wieku p.n.e. w starożytnej Grecji powstało zupełnie nowe podejście do rzeczywistości, czyli filozofia. Zaczęto zadawać sobie pytania o możliwość rozumowego wytłumaczenia różnych zjawisk zachodzących w świecie, bez odwoływania się do tajemnych mocy i postaci. Powstały pierwsze teorie prenaukowe, które teraz mogą nas śmieszyć, ale które w swojej epoce były rewolucyjne. I tak Tales z Miletu twierdził, że podstawowym budulcem i praprzyczyną świata jest woda, Heraklit uważał, że jest to ogień, Pitagoras – liczba, a Demokryt stworzył koncepcję atomów. Rewolucyjność tych idei polegała na szukaniu takiego wytłumaczenia procesów zachodzących w rzeczywistości, które byłoby wewnętrznie logiczne, spójne i zupełne, czyli tłumaczyłoby wszystko. Jednocześnie towarzyszyło temu powstanie dysputy filozoficznej, czyli szukania wyjaśnienia świata poprzez rozmowę, formułowanie sądów, wymianę argumentów. I to chyba było najbardziej przełomowe i obfite w skutki, jeśli chodzi o rozwój intelektualny świata. Dyskusja filozoficzna zakłada bowiem równość rozmawiających, w tym znaczeniu, że osoba dopuszczona do dyskusji ma prawo formułować własny argument, którego wartość oceniania jest tylko i wyłącznie z punktu widzenia rozwiązania dyskutowanego problemu. Tutaj nie ma stosunku typowego dla kapłanów i ludu – podporządkowania i ślepego posłuszeństwa. To właśnie w starożytnej Grecji narodziła się kultura dialogiczna – dialogu, rozmowy, wymiany, równości. Niestety, wszystkie te pojęcia w ostatnich dekadach nabrały nowego znaczenia i większości Czytelników „Nowoczesnej Myśli Narodowej” pewnie nie będą się zbyt dobrze kojarzyły. I to jest problem, ponieważ to one rzeczywiście legły u podstaw rozwoju Europy przez ostatnie 2500 lat. Tym, co odróżnia to pierwotne podejście do idei dialogu od tego współczesnego, jest stosunek do prawdy: rozmowa miała służyć temu, by wspólnie docierać do prawdy. Obecnie, w świecie mody na „postprawdę”, może co najwyżej służyć wymianie mniemań i wrażeń, czy też najczęściej informacji o własnych odczuciach. Bo już nawet rzetelna weryfikacja faktów staje się coraz większą rzadkością.

Szczytowym osiągnięciem greckiej filozofii były dzieła Platona i Arystotelesa, które stworzyły cały kanon intelektualny, po którym cywilizowany świat poruszał się przez ostatnie 2500 lat. Był to chociażby podział na problemy teoretyczne, praktyczne i techniczne, przy czym te praktyczne dzieliły się na polityczne, ekonomiczne i etyczne. Sama konceptualizacja rozróżnienia na poznawanie i działanie jest dziełem greckiej filozofii, w tym przede wszystkim właśnie Platona i Arystotelesa. To tam pojawiła się całościowa koncepcja tego, kim jest człowiek i czym różni się od zwierząt – za podstawową cechę dystynktywną wskazywano właśnie rozum, który manifestuje się zdolnością do tworzenia pojęć i formułowania sądów. Dostrzeżono, że byty występujące w przyrodzie mają pewną stałą formę, czyli swoją naturę, którą ludzki rozum jest w stanie wydestylować ze świata wrażeń zmysłowych. Co więcej, dostrzeżono, że byty te pozostają ze sobą w pewnych stałych relacjach, które człowiek także może zaobserwować, zanalizować, ponazywać i opisać. I nie tylko to – na podstawie wiedzy o tych relacjach może przewidywać i planować rozwój pewnych procesów w przyszłości.

W starożytnej Grecji narodził się człowiek racjonalny, czyli taki, który za pomocą swojego rozumu docieka prawdziwych przyczyn leżących u podłoża świata i procesów w nim zachodzących, rozmawia o nich, buduje koncepcje wyjaśniające świat. Taki człowiek buduje swoją własną wewnętrzną strukturę rozumienia, która sprawia, że w coraz większym stopniu dystansuje się od bezpośrednich doznań zmysłowych. Wie, że zmysły dostarczają tylko pewnego materiału, który musi zostać odpowiednio „obrobiony” przez rozum. W Grecji narodziła się także określona koncepcja wychowawcza, słynna paideia. Jej celem było ukształtowanie człowieka szlachetnego, mądrego i dobrego w oparciu o najwyższe ideały i najdoskonalsze wzorce. Kładła ona duży nacisk na kształcenie w zakresie retoryki, gdyż to właśnie poprzez mowę człowiek odróżnia się od zwierząt. Sprawność posługiwania się mową, językiem, zasób słownictwa, pojęć, to wszystko wpływa na to, na ile możemy rozumnie sterować sobą i swoim otoczeniem. W zakresie etyki społecznej Grecja stworzyła ideę cnoty sprawiedliwości jako podstawy wszystkich innych cnót dotyczących traktowania innych ludzi: oddać każdemu to, co mu się należy. Greckie ideały zostały szeroko recypowane w starożytnym Rzymie. W przeciwieństwie do Greków, którzy lubowali się w rozwiązywaniu kwestii teoretycznych, Rzymianie realizowali się poprzez działalność praktyczną – budowanie swojego państwa, rozwijanie prawa, szerzenie własnych wzorców cywilizacyjnych na wszystkie strony świata. To Rzymianie stworzyli podwaliny prawa międzynarodowego, które nadaje pewne prawa także obcym, których jeszcze Grecy traktowali jako barbarzyńców, a którzy w przypadku przegranej wojny mogli mieć tylko i wyłącznie status niewolników.

Do tego kanonu dołączył następnie światopogląd chrześcijański, zakładający istnienie jednego Boga-Stwórcy, który w równy sposób traktuje wszystkich ludzi. Pojawiła się idea indywidualnego zbawienia i indywidualnej relacji z Bogiem, całkowicie obca światu antycznemu. Św. Augustyn dodał do tego koncepcję czasu liniowego, zgodnie z którą świat ma swój początek i koniec, a wszystko, co się dzieje, zmierza do określonego celu leżącego w przyszłości. Znaczenie określonych wydarzeń dziejowych zaczęto mierzyć z punktu widzenia celu, do którego zmierza ludzkość, czyli zbawienia. To wszystko, dzięki czemu ludzkość przybliża się do Boga, było uznane za dobro, a to wszystko, co ludzkość od tego celu oddala – zło. W ten sposób w dzieje został wpisany ideał doskonalenia się całej ludzkości i realizowania swojego wspólnego przeznaczenia. Doskonalenie to miało obejmować zarówno sferę moralną jak i poznawczą. Rozumowe poznawanie świata było ściśle związane z wiarą w Boga, gdyż chrześcijanin chciał po prostu rozumieć, jak działa jego Stwórca. Stąd też wzięła się intensywność debat toczonych przez chrześcijańskich teologów i filozofów w średniowieczu, którzy mieli olbrzymią wolę poznania tego, jak Bóg stworzył świat, jaki jest sam Bóg i na czym polega zbliżanie się do niego. To właśnie z tego intelektualnego zacięcia zrodziły się średniowieczne uniwersytety, na których wykładano obok teologii i filozofii, także prawo rzymskie. W ten sposób powstała cywilizacja łacińska, oparta na przekonaniu, że Bóg stworzył świat według pewnych reguł, które tworzą ład, który człowiek może swoim rozumem odkryć, i naśladować, tworząc swoją własną kulturę, opartą na prawie zapisanym w naturze rzeczy. Cywilizację łacińską charakteryzował daleko posunięty optymizm poznawczy, przy czym zdawano sobie sprawę z tego, że pewne prawdy, przede wszystkim te dotyczące samego Boga, dostępne są w większości tylko na drodze Objawienia i Łaski. Ten optymizm poznawczy brał się z przekonania, że skoro świat jest rozumny – bo stworzony przez Boski Rozum, Odwieczny Logos – a człowiek został wyposażony w rozum, to jest w stanie tenże porządek zapisany w bytach odczytać.

Cywilizacja łacińska kładła także olbrzymi nacisk na etykę. Rozumiano bowiem, że prawa zapisane w strukturze świata dotyczą także tego, jak powinniśmy traktować samych siebie i innych ludzi. Że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, a to ma określone skutki. Że przychodzi na świat z pewnym, z góry mu danym, potencjałem, który może w pełni rozwinąć, a może też go zmarnować, czy też ze względu na środowisko nie będzie mu dane w pełni żyć w zgodzie ze swoją naturą. Stworzono więc też koncepcję władzy tyranicznej, która polega na tym, że nie pozwala ludziom żyć  zgodnie z ich naturą. Nie chodzi tutaj o formę władzy i ustrój państwa – monarchię, arystokrację czy demokrację – lecz o stosunek władzy do prawa naturalnego. Władza, która realizuje dobro wspólne, szanuje prawo naturalne. Trudno to sobie wyobrazić współczesnemu człowiekowi, ale to tylko źle świadczy o współczesnym świecie…

Cywilizacja łacińska zawdzięcza swoją nazwę właśnie łacinie, którą posługiwało się średniowiecze. Z perspektywy ostatnich kilkuset lat lepiej już rozumiemy ścisły związek między kształtem tej cywilizacji a właśnie językiem łacińskim, choć ciągle za mało o tej kwestii się mówi. Łacina to precyzja pojęć i sądów, zwięzła forma wyrażająca bogatą treść, to język ładu, rozumu. Wartość tej kwestii możemy zrozumieć dzięki najbardziej zagorzałym wrogom łaciny, czyli niemieckim filozofom protestancko-nacjonalistycznym czy też ich spadkobiercom, do których należy choćby taki Martin Heidegger. Przykładowo, Johann Gottlieb Fichte w swoim znanym dziele Mowy do narodu niemieckiego (1808) przypuścił bezpardonowy atak na łacinę jako język martwy, który ze względu na swoją „martwotę” nie posiada rzekomo głębszego dostępu do „żywej rzeczywistości”. Łacinie przeciwstawił język niemiecki jako „prajęzyk” (Ursprache), który nie został „splamiony” wpływami języka Cycerona i przez to zachował swoją rzekomą jedność z „prażyciem” plemion germańskich. Esencją niemieckości miało być całe dziedzictwo germańskie z czasów, kiedy plemiona te nie zostały jeszcze splamione wpływami jakichkolwiek obcych cywilizacji, w tym przede wszystkim rzymskiej, a następnie chrześcijaństwa, a dokładnie katolicyzmu rzymskiego. Język to narzędzie wyrażania wyobraźni narodowej, przeczuć, pamięci symbolicznej, a najwyższym szczytem takiej autoekspresji jest poezja i poematy narodowe. Analizując tę koncepcję języka współczesnymi narzędziami trudno nie dostrzec, że Fichtemu chodziło o to wszystko, co współczesna psychologia wiąże z podświadomością (nieświadomością), archetypami czy wręcz psychiką pierwotną. Czyli wszystkim tym, co w starożytnej Grecji zostało przekroczone, dzięki czemu ludzkość została wprowadzona na wyższy, bo świadomy i racjonalny poziom rozwoju. Wszystko to zostało potępione przez całą plejadę niemieckich myślicieli – od Johanna Hamanna, przez Johanna Herdera, wspomnianego Johanna Fichtego, a następnie Friedricha Nietzschego do Martina Heideggera. Dla wszystkich tych myślicieli pojawienie się rozumu tworzącego abstrakcyjne pojęcia to największa katastrofa w historii ludzkości!

A jaki ma to związek z łaciną? Właśnie taki, że język łaciński okazał się najbardziej doskonałym narzędziem formułowania abstrakcyjnych pojęć, precyzyjnego nazywania rzeczy po imieniu, formułowania logicznych sądów i rozwijania ludzkiego rozumu. Z prawdziwie nienawistną furią wszyscy ci myśliciele potępili właśnie ten aspekt ludzkiego rozwoju jako rzekomo „alienację” od „prawdziwego życia”. Bo człowiek miał się wyrażać poprzez to, co uczuciowe, popędowe, irracjonalne, podświadome, pierwotne. Łacina się do tego nie nadawała, a wręcz przeciwnie – człowiek ucywilizowany według wzorców cywilizacji łacińskiej wykracza poza swoją podświadomość, uczucia, popędy czy psychikę pierwotną i szuka zrozumienia otaczającej go rzeczywistości. 

Atak na rozum

Piszemy o tym, bo to właśnie w Niemczech przypuszczono największy atak na cywilizację łacińską, czego skutkiem jest to, że na końcu tego procesu ludzkość na początku XXI wieku wraca do etapu mitu. Kluczowym momentem była oczywiście działalność Marcina Lutra, który ogłosił, że człowiek jest całkowicie zdeprawowany przez grzech pierworodny i nie jest ani wolny, ani zdolny do poznania prawdy. Rozum przez Lutra wielokrotnie był wręcz nazywany „dziwką Szatana”, a filozofia arystotelesowska i scholastyka narzędziem Złego. Nienawiść tego niemieckiego mnicha do całego dziedzictwa cywilizacji łacińskiej była przeogromna. W zamian proponował czysty fideizm, zdanie się tylko i wyłącznie na Łaskę i czytanie Biblii (sola fide, sola gratia, sola scriptura). Człowiek w poszukiwaniu głębszego objęcia rzeczywistości swoim rozumem nie miał się już posługiwać, lecz tylko i wyłącznie zdać się na wiarę i Biblię.

Nic dziwnego, że właśnie potem w Niemczech zrodzi się wspomniana wyżej tradycja całkowitego potępienia abstrakcyjnego rozumu szukającego obiektywnej prawdy o świecie. Większość wymienionych powyżej osób była albo pastorami i teologami, albo synami pastorów. Nie dziwi też, że inny syn pastora, filozof Immanuel Kant, stworzył nową koncepcję filozoficzną, zgodnie z którą prawda obiektywna nie jest poznawalna, a człowiek może poznawać tylko twory własnego rozumu. Także nie istnieje coś takiego, jak obiektywne dobro moralne wpisane w naturę człowieka, a cała etyka jest tylko „als ob”, czyli zależna od tego, czy istnieje jakakolwiek wolność, której nawet nie jesteśmy w stanie udowodnić, a jedynie możemy założyć, że istnieje, bo jest to zgodne z naszym doświadczeniem. Ale co wtedy, jeśli 200 lat później pojawi się choćby taki niemiecki myśliciel jak Gerhard Roth, który zaneguje ludzką wolność i podważy całe nasze myślenie o etyce i prawie, postulując odrzucenie koncepcji winy i stworzenie nowego prawa, bez kategorii winy? To się już dzieje na naszych oczach.

Niemiecka filozofia okazała się być prawdziwym dziełem zniszczenia wszystkich kategorii, które zostały wypracowane w starożytnej Grecji. Inny filozof, Georg Wilhelm Friedrich Hegel, odrzucił logikę arystotelesowską z jej zasadą niesprzeczności, zgodnie z którą: coś albo jest albo nie jest. U Hegla wszystko „się staje”, po trochu jest, a po trochu nie jest. Światem rządzi dialektyka, walka sprzeczności, która według schematu teza-antyteza-synteza rzekomo napędza rozwój. Z tego zrodził się potem słynny niemiecki historyzm, zgodnie z którym prawda jest relatywna, bo ściśle związana z kategoriami miejsca i czasu, w których żyje dana wspólnota. Myśl tę rozwinął na przełomie XIX i XX wieku Franz Boas, który z Niemiec wyemigrował na kontynent północnoamerykański i stworzył podwaliny pod nowoczesną antropologię. Zajmował się badaniem zwyczajów plemion pierwotnych i zanegował ideę, że istnieje jakaś różnica między społeczeństwami lepiej czy słabiej rozwiniętymi, cywilizacją i barbarzyństwem. Kanibalizm niektórych ludów pierwotnych jest przecież taką samą formą autoekspresji kulturowej jak prawo naturalne, przyznające każdemu niezbywalne prawa. To ważny wątek, bo uczennica Boasa, Margaret Mead, pod wpływem idei swojego mistrza współtworzyła podstawy koncepcji genderowych, zgodnie z którymi nawet płeć jest wolnym wyborem, a nie częścią ludzkiej natury.

Prawdziwymi zabójcami cywilizacji łacińskiej stali się jednakże Friedrich Nietzsche i Martin Heidegger, co zostało dokładnie zrekonstruowane w książce Adama Wielomskiego Zabójcy Zachodu. Prawica i lewica nietzscheańsko-heideggerystyczna. Przede wszystkim Nietzsche rozwinął niemiecką koncepcję mitu, która już w epoce romantyzmu była coraz częściej przeciwstawiana grecko-łacińskiej koncepcji prawdy. Mit to wszystko to, w co dana wspólnota w danym miejscu i czasie wierzy, i przyjmuje za obiektywną prawdę. Z punktu widzenia socjologii takie postawienie sprawy ma też i sens – różne ludy przyjmowały i przyjmują różne idee za prawdę, które wcale nie muszą być prawdziwe, a bardzo często prawdziwe nie są. Nietzsche idzie jednak dużo dalej i twierdzi, że obiektywnej prawdy w ogóle nie ma i istnieją tylko mity. I tylko i wyłącznie na mity jesteśmy skazani. Co więcej, wybitne i silne jednostki, czyli „nadludzie”, mogą tworzyć taki mit i narzucać go słabszym i gorszym, „podludziom”, jako „prawdę” do wierzenia. „Podludzie” będą przekonani, że to w co wierzą jest obiektywną prawdą, natomiast ich „panowie” będą mieć pełną świadomość tego, że to oni są twórcami tegoż mitu i za jego pomocą rządzą ciemnymi masami.

To jest jedna z przyczyn, dlaczego Friedrich Nietzsche był tak bardzo fetowany w III Rzeszy. Ideologowie narodowego socjalizmu dobrze wiedzieli o tym, że sami tworzą taki mit dla mas. Mit, dzięki któremu Niemcy miały stać się światową potęgą. Alfred Rosenberg wyraził to wprost, tytułując swoją najważniejszą pracę jako Mit XX wieku (Der Mythus des 20. Jahrhunderts). Osią centralną tegoż mitu była kategoria rasy germańskiej (aryjskiej, nordyckiej), która miała stanowić jedyną siłę kulturotwórczą w Europie. Na drodze do jej pełnego rozwoju – a tym samym Europy – mieli stać Żydzi, którzy stworzyli etykę równości i ochrony słabszych przed silniejszymi. Co więcej, dziełem Żydów miało być także chrześcijaństwo i Kościół rzymskokatolicki, który uczył miłości bliźniego. Św. Paweł miał sfałszować nauczanie Chrystusa i zataić prawdę o jego aryjskim pochodzeniu i aryjskiej doktrynie. Chrystus Rosenberga to dzielny germański wojownik, który uczy zwyciężać wrogów, a nie cierpiący i umierający na krzyżu Żyd… Dziełem Żydów był także zarówno kapitalizm, jak i komunizm. Dzięki wierze w siłę swojej rasy Niemcy mieli pokonać Żydów, oswobodzić od nich siebie, a także całą Europę. Oznaczało to walkę z wszystkimi siłami rzekomo stworzonymi przez Żydów po to, by nękać twórczych i wojowniczych Germanów. Zwycięstwo Niemców miało oswobodzić siły rasy aryjskiej, dzięki czemu Europa miała przeżywać okres niebywałego rozwoju. Mit ten cieszył się dużą popularnością wśród Niemców, gdyż już przez cały XIX w. niemczyzna zaczadzała się różnymi germańskimi ideami. Najbardziej tragiczne jednakże jest to, że ten mit – jak również te krewniacze, stworzone przez Adolfa Hitlera, Heinricha Himmlera, Richarda Darré i Josepha Goebbelsa1 – rzeczywiście służyły temu, by zmobilizować niemiecki volk do walki z wrogami, czego efektem było ludobójstwo na niespotykaną wcześniej skalę. To właśnie III Rzesza była groźną przestrogą przed tym, do czego może prowadzić tak radykalne odrzucenie idei obiektywnej prawdy i uniwersalizmu etycznego. Niestety, do dzisiaj temat ten nie został prawie przerobiony, a związki nazistowskiego podejścia do prawdy z postmodernizmem i współczesnym relatywizmem są starannie ukrywane. W kontekście kwestii mitu nazistowskiego warto wspomnieć filozofa Martina Heideggera, któremu marzyło się stworzenie zupełnie nowego języka, światopoglądu, całego systemu wierzeń, przekonań, które nie miałyby nic wspólnego ze światem wyrosłym z Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa. Poniósł na tym polu całkowitą porażkę, jedyne co mu zostało, to rola zabójcy świata, którego kulminacyjnym punktem rozwoju było powstanie cywilizacji łacińskiej. Ale właśnie dlatego jego pisma zachwyciły takich twórców postmodernizmu jak Jacques Derrida i Gilles Deleuze, którzy rzucili hasło totalnej dekonstrukcji zastanego świata. Przede wszystkim chodziło o dekonstrukcję języka, pojęć, schematów myślowych. Rozum abstrakcyjny został uznany za źródło społecznej opresji. Mało kto zwraca uwagę na ścisłe powiązanie postmodernizmu właśnie z niemieckimi ideami.

Współczesne źródło zarazy: Instytut Esalen

Na końcu tej historycznej rekonstrukcji drogi człowieka od mitu do rozumowej prawdy i z powrotem do mitu warto wspomnieć o takim miejscu jak powstały w latach 60. Institut Esalen w Kalifornii. Jego twórcy, w tym przede wszystkim Richard Murphy i Dick Price, chcieli stworzyć z jednej strony, miejsce do rozwijania alternatywnej psychiatrii, a z drugiej, chodziło o „pogodzenie” tradycji Wschodu i Zachodu2 . Jak pisze Jacek Weichert: „Przyjaciele wstrzelili się w moment rosnącej fascynacji buddyzmem i jogą, której ton nadali bitnicy, a teoretycznego zaplecza dostarczyli popularyzator zen i buddyzmu Alan Watts – wygłosił w Esalen pierwszy wykład – oraz religioznawcy Joseph Campbell i Frederic Spiegelberg. Nowe trendy w psychologii i medycynie alternatywnej reprezentowali z kolei orędownik LSD i psylocybiny Timothy Leary, twórczyni integracji strukturalnej Ida Rolf, założyciel terapii gestalt Fritz Perls oraz jego rywal Will Schutz, zwany „Cesarzem z Esalen”, popularny teoretyk i praktyk terapii grupowej. Kluczowe znaczenie w kształtowaniu się ruchu samorozwojowego w Esalen mieli również czołowi przedstawiciele niezwykle popularnej w latach 50. terapii humanistycznej, tzw. trzeciej siły w psychologii obok psychoanalizy i behawioryzmu, Carl Rogers i Abraham Maslow, który nazwał Esalen „potencjalnie najlepszym ośrodkiem edukacyjnym na świecie”.

Co łączyło te wymienione w cytacie osoby, jak i pozostałych współtwórców tego miejsca, to określony stosunek do założeń greckiej paidei i dziedzictwa cywilizacji łacińskiej. Jedną z głównych idei propagowanych w Esalen była ta dotycząca rozwoju ludzkiego potencjału, czemu miały służyć różne techniki terapeutyczne, coachingowe, medytacyjne, w tym przede wszystkim wschodnie, seks tantryczny, „medytacyjne tripy na kwasie i terapia krzykiem”. Do tego dochodziły LSD i grzybki – w końcu jedną z ważniejszych postaci był tam Aldous Huxley. Rozwinięta oferta była niezwykle bogata i dosłownie zdominowała cały współczesny świat. Co jest punktem krytycznym całej tej koncepcji, to definicja tego, czym jest ludzki potencjał. Antropologia – czyli przekonania na temat tego, kim i jaki jest człowiek – która leżała u podstaw badań i praktyk rozwijanych w Esalen, opierała się na ideale „dobrego dzikusa”, który jest dobry z natury i którego ogranicza sztuczna cywilizacja. Ideał ten znajdziemy choćby w pismach francuskiego filozofa Jeana-Jacques’a Rousseau, jak i wspomnianego wcześniej Johanna Herdera. W szczególności niemiecki romantyzm, jak i neoromantyzm, hołdowały idei wyzwolenia głębszego „ja” z oków abstrakcyjnego, schematycznego i ograniczającego rozumu, co doskonale zostało pokazane przez Petera Vierecka w jego słynnej pracy Metapolitics: From Wagner and the German Romantics to Hitler („Metapolityka: Od Wagnera i niemieckiego romantyzmu do Hitlera”)3 . Wspominamy o tym, żeby pokazać, że idea „wyzwolenia” człowieka z oków cywilizacji miała swoją długą tradycję, a w największym stopniu rozwijana była w Niemczech, gdzie w szczególności gnostycka ezoteryka cieszyła się olbrzymią popularnością, przede wszystkim w kręgach protestanckich. Co więcej, idea ta ściśle związana była z ideologią narodowo-socjalistyczną, której esencją miało być właśnie wyzwolenie Niemców z więzów złej, ograniczającej cywilizacji stworzonej z ducha Grecji a przede wszystkim Rzymu, za którą ostatecznie mieli stać Żydzi i ich Bóg Jahwe, krępujący… potencjał rasy nordyckiej… Brzmi znajomo? To nie jest przypadek!

Prawzorem dla Esalen był inny instytut, Monte Verità, założony na początku XX wieku w szwajcarskim mieście Ascona, skupiający czołowych intelektualistów ówczesnej Europy. Przyjeżdżali tam Carl Gustav Jung, Mircea Eliade, Gershom Scholem czy Henry Corbin. Promowany był wegetarianizm, nudyzm, szamanizm i moda na prymitywizm. Czyli wszystko to, co znajdziemy potem w Esalen. Czym jest więc ludzki potencjał według tych koncepcji? Potencjałem jest wszystko to, co jest związane z naszą podświadomością, będącą nieograniczonym źródłem wyobraźni, kreatywności, twórczości, życiowej energii, popędów. Rozwój ma polegać na swobodnej ekspresji swoich uczuć, wnętrza, marzeń, wyobrażeń, i odrzuceniu rozumu abstrakcyjnego, który rzekomo cały ten potencjał blokuje. Stąd też wzięła się moda na rytuały szamanistyczne i zażywanie halucynogenów, żeby doświadczyć odmiennych stanów świadomości i stać się przez to bardziej twórczym. Z punktu widzenia kategorii wypracowanych w świecie łacińskim jest to droga donikąd. Bo bez wątpienia dzięki stosowaniu różnych metod, których korzenie sięgają Esalen, człowiek może osiągnąć większą skuteczność w swoim działaniu czy rozwinąć różne zasoby zawarte we własnej psychice i ciele. Ale co z tego, jeśli nie będzie wiedział, po co żyje, jaki jest cel jego działań i co ma w ogóle w życiu sens? Co z tego, jeśli nie będzie miał wypracowanych kryteriów tego, w co ma się właściwie zaangażować? Co jest dobre, a co złe? O co warto walczyć, starać się, a co jest tylko mirażem i iluzją sukcesu? To pytania, na które odpowiedzi szuka rozum abstrakcyjny, w żmudny sposób, odwołując się do dorobku pokoleń, które także mierzyły się z tymi trudnymi kwestiami. „Uwolnienie” człowieka od tegoż „jarzma myślenia abstrakcyjnego” kończy się tym, że człowiek staje się ofiarą tych, którzy opanowali techniki „zarządzania”, czyli wpływania na jego podświadomość. Nie dziwi więc, że jak słusznie pisze Weichert, dziedzictwo Esalen stało się podstawą sukcesu Doliny Krzemowej, wielkich koncernów medialnych, agencji reklamowych i piarowych: »Wielu hipisów po otrzeźwieniu i opuszczeniu komun znalazło zatrudnienie w agencjach marketingu i reklamy. W ten sposób wartości artystycznej krytyki kapitalizmu, jak samorozwój, wolność, bunt, otwartość, kreatywność, podmiotowość weszły do mainstreamu, kolonizując wyobraźnię pokolenia baby boomers, strukturyzując ich pragnienia i definiując ideał „samego siebie”«. Techniki wypracowane w Esalen, jak choćby Neurolingwistyczne Programowanie (NLP), stały się narzędziem do kształtowania wyobrażeń o świecie miliardów ludzi. Wyobraźnia całych społeczeństw została poddana kształtowaniu przez specjalistów, którzy znaleźli klucz do tego, jak wpływać na ludzką podświadomość, na pragnienia, oceny moralne, stany emocjonalne. A nad wszystkim króluje podstawowy przekaz: źródło boskiej perfekcji jest w nas samych, chodzi tylko to, by zrzucić wszelkie ograniczenia, stać się „samym sobą”, realizować swoje marzenia i osiągać wielkie sukcesy. Racjonalny namysł nad rzeczywistością? Wiara w istnienie obiektywnej natury rzeczywistości i człowieka? W moralne dobro i zło? To wszystko jest stygmatyzowane jako przesądy, ciemnogród, bo nowoczesny człowiek ma swoją własną prawdę i sam decyduje o tym, co jest dobre, a co złe.

Na tych założeniach została oczywiście oparta cała pedagogika ostatnich dekad, czego skutki obserwujemy już od dłuższego czasu. Podamy jeden przykład z życia wzięty, który powie więcej niż teoretyczny wykład. Otóż pewna pani profesor przyłapała studentkę na plagiacie i zażądała od niej nowej, samodzielnej pracy (mogła sprawę od razu zgłosić do prokuratury). I dostała wiadomość, w której studentka oskarżyła ją o to, że ta wpłynęła negatywnie na jej nastrój, że czuje się źle, i że ma przez nią „popsute” najbliższe dni, i że „jak ona mogła jej coś takiego zrobić?!”. W ogóle nie widziała problemu w tym, że popełniła przestępstwo, a problemy stwarzała profesorka, która przecież powinna udać, że niczego nie widziała i zaliczyć jej pracę, tak żeby studentka miała „fajny” dzień. Opowieść jest autentyczna. To jest dopiero początek tego, co nas czeka w społeczeństwie ludzi, którzy „wyzwolili się” z wszystkiego, co rzekomo „ogranicza ich własne ja”.

Najbardziej przerażające w tym wszystkim jest jednak to, że ci ludzie, którym wydaje się, że są „autentyczni”, są całkowicie programowani i sterowani przez speców od marketingu, piaru, mediów. Bo ci ostatni do perfekcji opanowali sztukę manipulowania ludźmi w ten sposób, że są oni absolutnie przekonani, że „myślą samodzielnie”. A ich wewnętrzne zasoby czy „potencjał” znajdują się na usługach wielkich korporacji, które wiedzą, jaki zrobić z tego użytek, żeby zarobić wielkie pieniądze.

Na końcu tego procesu stoi choćby taki Klaus Schwab, który niedawno opublikował swoją ostatnią książkę The Great Narrative („Wielka Narracja”), którą poprawniej należałoby zatytułować: „Wielki Mit”. A najlepiej: „Mit XXI w.”. Analogie do książki Rosenberga nie są oczywiście przypadkowe.

Przykład skutków różnic podejścia

Skutki „dekonstrukcji” pojęcia prawdy są straszliwe. Ludzie mentalnie pozostają na poziomie dzieci, które żyją tylko bajeczkami i nie rozumieją otaczającej rzeczywistości. Towarzyszy temu charakterystyczny dla dzieci sentymentalizm i niezdolność do racjonalnej oceny sytuacji. Przykładem są zachwyty nad różnymi ckliwymi wpisami w mediach społecznościowych, bez głębszego namysłu nad tym, co faktycznie opisują. Podajmy konkretny przykład. Jakiś czas temu na Facebooku pojawił się taki oto wpis:

Antropolog pokazał grę dzieciom afrykańskiego plemienia… Umieścił koszyk z pysznymi owocami przy pniu drzewa i powiedział im: „Pierwsze dziecko, które dotrze do drzewa, dostanie koszyk”. Kiedy dał im sygnał startowy, zdziwił się, że szli razem, trzymając się za ręce, aż dotarli do drzewa i podzielili się owocami! Kiedy zapytał ich, dlaczego to zrobili, skoro każdy z nich mógł mieć koszyk tylko dla siebie, odpowiedzieli ze zdumieniem: „Ubuntu”… czyli jak jedno z nas może być szczęśliwe, podczas gdy reszta jest nieszczęśliwa? „Ubuntu” w ich języku oznacza: „Jestem, bo jesteśmy”. To plemię zna sekret szczęścia, który został utracony w społeczeństwach uważających się za „cywilizowane społeczeństwa”…!4

Autor wpisu odwołuje się tutaj do afrykańskiej idei ubuntu, która ma świadczyć o wyższości myślenia plemiennego nad „cywilizowanymi społeczeństwami”. Ideą tą zachwycało się tysiące internautów, komentujących przytoczony wpis na Facebooku. A na sprawę można spojrzeć zupełnie inaczej. Konkretnie chodzi o to, jak afrykański Autor wpisu odwołuje się tutaj do afrykańskiej idei ubuntu, która ma świadczyć o wyższości myślenia plemiennego nad „cywilizowanymi społeczeństwami”. Ideą tą zachwycało się tysiące internautów, komentujących przytoczony wpis na Facebooku. A na sprawę można spojrzeć zupełnie inaczej. Konkretnie chodzi o to, jak afrykański stosunek do własności opisywał polski twórca koncepcji cywilizacji, a także autor pojęcia cywilizacji łacińskiej, Feliks Koneczny. Nie wiemy, czy chodziło mu dokładnie o ideę ubuntu, bo nie używa tego pojęcia, ale wiele na to wskazuje. Oddajmy mu głos:

Rzekomy komunizm podbiegunowy i murzyński wynika z pewnego poglądu etycznego, który – szczególnym trafem – panuje w strefach tak wręcz przeciwnych, a skrajnych. Według tego poglądu godzi się jednostce posiadać tylko tyle, „ile potrzebuje”, a co kto posiada „ponad potrzebę”, winien rozdać uboższym; w niektórych społecznościach wolno taką nadwyżkę samemu zabierać, gdyby jej nie chciano oddać dobrowolnie. Kto ma więcej, musi dać innym, inaczej go „okradną”, jak się wyraża chrześcijański misjonarz. Tenże informuje nas zarazem o skutkach takiego systemu etycznomajątkowego. Oto nad Mulungussi w Afryce murzyńskiej każdy sieje i sadzi… jak najmniej. Czyż tylko nad Mulungussi?! (…) Gdy Europejczyka otoczy grono Murzynów, a którykolwiek z nich otrzyma podarunek, zaraz dzieli się z towarzyszami. Zazwyczaj bywają to przedmioty nie potrzeby (według ich zapatrywań), lecz zbytku, a zatem posiadane ponad potrzebę, czy raczej bez potrzeby. Całe to „dzielenie się” tyczy atoli zawsze czegoś, co nie stanowi własności według prawa rodowego. Chodzi o dorobek przygodny, a pozarodowy; jakżeż więc szczupła dziedzina tego dzielenia się!5

Słowa napisane przez Konecznego 100 lat temu idealnie pasują do wpisu na Facebooku, którym zachwycały się tysiące internautów, m.in. komentujących: „Jakież to wspaniałe, że te dzieci tak się dzielą!”. Koneczny poucza nas, że skutkiem tegoż obowiązku dzielenia się jest po prostu bieda trapiąca Afrykę, gdyż każdy, kto się napracuje i zgromadzi coś, co wykracza poza jego potrzeby, musi oddać to tym, którym tego brakuje! Przy takiej filozofii życia po prostu nie opłaca się pracować! Jaki ma sens wysilanie się, jeśli i tak owoców swojej pracy nie można zachować dla siebie? Jeśli trzeba je oddać tym, którym pracować się nie chciało? I efekt jest taki, że Afryka nie wykształciła swojej własnej etyki pracy i klepie biedę, co jest tylko jeszcze wzmacniane przez różne formy pomocy dla tego kontynentu, czym także zachwycają się wiecznie infantylni ludzie Zachodu. Podany przykład miał pokazać, jaka jest różnica między postrzeganiem świata przez niedorozwiniętych intelektualnie ludzi a tymi, którzy przeszli szkołę cywilizacji łacińskiej. Tym pierwszym można wcisnąć każdą bajeczkę, byleby tylko była napisana zgodnie z regułami sztuki, czyli tak jak się pisze bajki dla dzieci: musi być dobry i zły bohater, wszystko jest czarno-białe, a na końcu zły zostanie unicestwiony. W Wielkim Micie pisanym przez Yuwala Harariego dobra jest nauka (a konkretnie to, co Harari za naukę uważa, a co naszym zdaniem jest pseudonauką) oraz bezwarunkowy rozwój technologii cyfrowych i genetycznych (tzw. postęp), a złe wszystko to, co tenże „postęp” ogranicza, a przede wszystkim wiara w Boga i przekonanie o istnieniu natury rzeczy, w tym natury człowieka. I miliony czytelników wierzą mu na słowo i nigdy nie sprawdzą, czy rzeczywiście nauka udowodniła to, co Harari twierdzi, że udowodniła. Bo ufają mu jak dzieci swoim rodzicom, bezgranicznie – bo taka jest natura psychiki dziecięcej, a w przypadku biologicznie dorosłych ludzi – psychiki zinfantylizowanej.

Co będzie dalej?

Ludzkość stoi na rozdrożu. Co do tego nie ma wątpliwości. Jeśli nadal będzie realizować program napisany w Esalen, którego korzenie tkwią jednak między innymi w protestanckiej rewolucji przeciwko dziedzictwu cywilizacji łacińskiej, z jej naczelną ideą jedności prawdy, dobra i piękna, jak również w neopoganizmie promującym prymitywizm i potępiającym myślenie abstrakcyjne, to skończy jako genetyczny nawóz, podłączony do Internetu Rzeczy i Internetu Ciał, a w pierwszej kolejności do Metawersum, gdzie będzie żyć w świecie iluzji i zabawy swoją wyobraźnią, pod całkowitą kontrolą wielkich korporacji od technologii cyfrowych. Dzięki dostępowi do takich platform jak Netflix czy Amazon Prime, będzie mogła oglądać bajeczki, a żyć z dochodu gwarantowanego. Wieczne dzieci – po prostu. Ceną za to będzie utrata jakiejkolwiek autonomii i niezdolność do samodzielnego życia.

Jest także inna droga – kontynuowanie dziedzictwa cywilizacji łacińskiej, być może w kierunku wytworzenia jakiejś nowej formy cywilizacyjnej, w oparciu o osiągnięcia cywilizacji greckiej, rzymskiej i łacińskiej. To jest kwestia na razie otwarta – w tej chwili chodzi o to, by nie dopuścić do bezpowrotnej utraty tego, co ludzkość osiągnęła już swoim zbiorowym, wielopokoleniowym wysiłkiem. Nowe technologie na pewno dają duże szanse na prawdziwy rozwój ludzkiego potencjału, tego tkwiącego w naturze człowieka. Chodzi tylko to, by człowiek dzięki nim rzeczywiście rozwijał potencjał wpisany w jego naturę, a nie by stały się narzędziem jej deformacji, jak to planują najważniejsi rzecznicy agendy globalistycznej.

 

Magdalena Ziętek-Wielomska 

Różnica w postrzeganiu świata między niedorozwiniętymi intelektualnie ludźmi a tymi, którzy przeszli szkołę cywilizacji łacińskiej, jest ogromna. Tym pierwszym można wcisnąć każdą bajeczkę, byleby tylko była napisana zgodnie z regułami sztuki, czyli tak jak się pisze bajki dla dzieci.

Artykuł został pierwotnie opublikowany w miesięczniku Nowoczesna Myśl Narodowa nr 18-22 luty-czerwiec 202218-22 luty-czerwiec 2022 (strony 11-22) i jest udostępniony na podstawie licencji - Uznanie autorstwa 4.0 Międzynarodowe (CC BY 4.0) [Autor Magdalena Ziętek-Wielomska]

  1. Dokładne omówienie różnic i podobieństw: F.-L. Kroll, Utopie als Ideologie: Geschichtsdenken und politisches Handeln im Dritten Reich, Paderborn 1998. 
  2. J. Weichert, Wyścig po jeszcze większy zysk: pracownicy Google’a medytują, a Facebook bierze się za buddyzm, 14.01.2022, https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,28000610,wyscig-po-jeszcze- -wiekszy-zysk-pracownicy-google-medytuja.html?disableRedirects=true (dostęp: 17.06.2022).
  3. P. Viereck, Metapolitics. The Roots of the Nazi Mind, New York 1961.
  4. “An anthropologist showed a game to the children of an African tribe … He placed a basket of delicious fruits near a tree trunk and told them: “The first child to reach the tree will get the basket.” When he gave them the start signal, he was surprised that they walked together, holding hands until they reached the tree and shared the fruit! When he asked them why they did that when any one of them could have had the basket only for themselves! They answered with astonishment: “Ubuntu”…that is, how can one of us be happy while the rest are miserable? “Ubuntu” in their language means: “I am because we are”. That tribe knows the secret of happiness that has been lost in societies that consider themselves “civilized societies”…!” https://www. facebook.com/groups/604976183653760/posts/1118558885628818/ (dostęp: 17.06.2022).
  5. F. Koneczny, O wielości cywilzacyj, Gebethner i Wolff, Kraków 1935, s. 87, PDF na stronie: https://cbmn.pl/.