OBRONA LWOWA 1918 SEMPER FIDELIS
18 listopada zapraszamy na krakowskie obchody 105. rocznicy bohaterskiej obrony Lwowa - zwycięskiego powstania Orląt Lwowskich
Artur Oppman, Orlątko | ... Mamo, czy jesteś ze mną? Nie słyszę twoich słów... W oczach mi trochę ciemno... Obroniliśmy Lwów!... Zostaniesz biedna samą... Baczność! Za Lwów! Cel! Pal! Tylko mi ciebie, mamo, Tylko mi Polski żal!...
OBRONA LWOWA 1918-1920 SEMPER FIDELIS
Ochotnicza Legia Kobiet, ochotnicza organizacja wojskowa utworzona we Lwowie w 1918 przez kobiety, pragnące walczyć o niepodległość Polski. Kobiety z OLK walczyły o Lwów w trakcie wojny polsko-ukraińskiej oraz wojny polsko-bolszewickiej, w tym także w walkach o Wilno

Neokolonializm, czyli proletaryzacja państw i narodów. Jego powstanie i upadek.

Magdalena Ziętek-Wielomska

Kiedy bez dokładnego sprawdzenia przyjmujemy gotowe obce rozwiązania, obcą chęć „pomocy” i udawaną troskę, to mamy pewność, że stoi za tym obcy gotowy „pomysł na nas”, na to w jaki sposób mamy być przydatni dla kogoś.

Neokolonializm stanowi bez wątpienia mocno udoskonaloną wersję kolonializmu, który charakteryzował się otwartym używaniem przemocy, a przez to był widoczny dla wszystkich – ofiar, „katów” i obserwatorów. Wszystko to czyniono jawnie, i to nawet w świetle prawa. Kolonie miały swój własny status uregulowany normami prawa międzynarodowego. Państwa kolonialne w drodze różnych porozumień przyznawały i uznawały swoje prawa do kolonii, terytoriów zamorskich, protektoratów, kondominiów etc. Przykładem tych praktyk była konferencja berlińska, zwana także konferencją kongijską, która odbywała się w latach 1884-1885 w celu ustaleniu podziałów aneksji terytorialnych w Afryce. Jednym z jej postanowień było choćby ustanowienie obszaru dorzecza Kongo prywatną (sic!) własnością króla belgijskiego Leopolda II, który wskutek niewolniczej pracy i bestialskich mordów doprowadził do śmierci od kilku do kilkunastu milionów mieszkańców tego kraju. Podczas konferencji berlińskiej podjęte zostały także ustalenia dwustronne pomiędzy europejskimi państwami w zakresie podziałów terytorialnych na spornych obszarach. Rzecz postawiono jasno i otwarcie: kolonie służyć miały rozwojowi i interesom metropolii, więc ich zasoby, w tym ludność, bogactwa naturalne, ziemia były tylko i wyłącznie przedmiotem eksploatacji. Silniejsi podbijali słabszych i wykorzystywali ich w świetle prawa do swoich własnych celów, nie licząc się zupełnie z dobrem i interesem podbitych.

  Wraz z utworzeniem ONZ i rozpoczęciem procesów dekolonizacji tego typu praktyki zostały oczywiście zakazane. Podstawą prawa międzynarodowego stało się prawo narodów do samostanowienia i przyznano je także ludom zamieszkującym byłe kolonie. Jeśli chodzi o sam rozwój prawny, to rzeczywiście była to zmiana olbrzymia i dla każdego zwolennika instytucji państwa narodowego oraz idei narodowej jak najbardziej słuszna! Był to prawdziwy postęp w stosunku do świata, w którym mocarstwa kolonialne „kroiły” sobie świat niczym tort i „przyklepywały” swoje podboje w drodze podpisywania umów i traktatów. Sama zasada prawa narodów do samostanowienia jest słuszna, ale niestety w większości przypadków pozostała tylko na papierze.

  Poza uzyskaniem formalnej suwerenności byłe kolonie nie uzyskały tzw. suwerenności materialnej, żeby użyć tutaj pojęcia z dziedziny filozofii prawa prywatnego, w której odróżniamy wolność formalną i materialną. Wolność formalna związana jest ściśle z podmiotowym prawem do zawierania umów cywilnoprawnych wynikającym z zasady swobody zawierania umów, która po raz pierwszy w nowożytnej kontynentalnej Europie pojawiła się w ustawodawstwie Rewolucji Francuskiej a następnie w kodeksie Napoleona. Nie uwzględniała ona jednakże faktycznej pozycji stron umowy, w tym tzw. asymetrii siły, np. między XIX-wiecznym właścicielem fabryki a pozbawionym wszelkiej ochrony prawnej robotnikiem. Ten stan rzeczy w przeciągu XIX w. zaczęły kontestować różne nurty socjalistyczne czy też po prostu zwolennicy polityki socjalnej państwa, którzy wskazywali na to, że sama formalna zasada wolności umów stała się narzędziem panowania bogatych nad biednymi. To bogaci bowiem faktycznie piszą umowy i ustalają warunki korzystne dla siebie, a biedni mogą tylko je przyjąć albo odrzucić w całości. W ten sposób rozpoczął się liczący już ponad 150 lat namysł nad tym, jakie warunki muszą być spełnione, aby formalna zasada wolności umów nie była narzędziem „materialnej” niesprawiedliwości, lecz by obie strony w równym stopniu mogły z niej korzystać dla osiągania własnych interesów.

  Analogiczny problem pojawia się w stosunkach między państwami. Także i tutaj można mówić o suwerenności formalnej i materialnej. Suwerenność formalna zewnętrzna, a więc w stosunkach międzynarodowych, polega na tym, że państwo może podpisywać umowy międzynarodowe, utrzymywać armię, prowadzić politykę zagraniczną, utrzymywać placówki dyplomatyczne, jego przedstawiciele zasiadają w ONZ, a integralność terytorialna jest chroniona przez prawo międzynarodowe etc. Suwerenność formalna wewnętrzna wyraża się poprzez stanowienie prawa krajowego, utrzymywanie administracji, służb porządkowych i prowadzenie polityki w rożnych obszarach – gospodarczym, energetycznym, edukacyjnym, kulturowym etc. Formalna suwerenność nie musi jednak iść w parze z faktyczną siłą i materialnymi możliwościami prowadzenia autentycznie samodzielnej, autonomicznej polityki we własnym interesie. Stąd też ponad 100 lat temu pojawiło się pojęcie „narodów proletariackich”, czyli takich, które są jak proletariusze w stosunku do najbogatszych państw i ponadnarodowych grup interesu, w tym finansjery i wielkiego kapitału. Owszem, władze takich państw podpisują umowy z mocarstwami czy przedstawicielami wielkiego kapitału, ale to ci drudzy te umowy piszą, a czynią to ze szczególnym naciskiem na swój własny interes. Państwa-proletariusze często nie mają żadnego wyboru, gdyż są ekonomicznie czy militarnie tak słabe, że w całości zależne od mocarstw i ponadnarodowych instytucji, wobec czego muszą się godzić na każde warunki, żeby tylko przeżyć. I na tym właśnie polega neokolonializm. Formalnie – wszyscy są równi, ale materialnie, w rzeczywistości – silniejsi nadal eksploatują słabszych, którzy nie posiadają narzędzi do tego, by realnie prowadzić samodzielną politykę.

Formy neokolonializmu

Neokolonializm może przybierać mniej lub bardziej zawoalowaną formę. Wiele narodów i państw „proletariackich” ma pełną świadomość swojej sytuacji i dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że jest obiektem eksploatacji. Czują one swoją bezsilność i wskutek tego narasta w nich nienawiść do aroganckich „kapitalistów”, którzy z pięknymi frazesami na ustach wypowiadanymi choćby przed kamerami telewizyjnymi dla swoich wyborców bez żadnych skrupułów kontynuują stare praktyki. „Kapitaliści” muszą tylko obsadzić kluczowe instytucje państw neokolonialnych uległymi wobec siebie „zarządcami”, którzy – formalnie – jako prezydenci, premierzy, ministrowie, dyrektorzy urzędów etc. danych państw neokolonialnych będą realizować interes państwa-kolonialisty. Zazwyczaj nie trudno wyhodować takie pseudoelity. Ponieważ mówimy tutaj o biednych państwach i narodach, walizka z dolarami często załatwia sprawę. A czymże jest owa walizka wobec zysków, które potem się z takiej neokolonii czerpie…

  Bardziej rozwinięta jest natomiast praktyka „hodowania” pseudoelit poprzez stypendia, wyjazdy zagraniczne, możliwość robienia kariery w różnych prestiżowych instytucjach i zwyczajną indoktrynację. Osoby, które przeszły taką ścieżkę, zazwyczaj całkowicie przyswajają sobie punkt widzenia państwa-kolonialisty i często nawet nie mają już świadomości tego, że są tylko narzędziem w czyichś rękach albo przynajmniej nie chcą o tym myśleć. To jest bardziej wysublimowana forma neokolonializmu „w białych rękawiczkach”. Oficjalnie państwo-kolonialista wspiera rozwój państwa neokolonialnego, w końcu kształci jego elity, funduje stypendia, przysyła doradców, sprowadza swój kapitał, inwestuje w infrastrukturę etc. Faktycznie jednak wykorzystuje istniejącą asymetrię informacyjną i energo-materialną do tego, by pod płaszczykiem wspierania rozwoju ograniczać prawdziwy rozwój drugiego państwa i „ustawiać je” pod swoje własne potrzeby.

  Z największym stopniem zależności neokolonialnej mamy do czynienia wówczas, kiedy cała – bądź prawie cała – ludność państwa neokolonialnego wierzy w to, że obce mocarstwa faktycznie dbają o jego rozwój i że takie państwo naprawdę cieszy się pełną suwerennością. Można powiedzieć iż jest to neokolonializm doskonały. Od państwa-kolonialisty wymaga to dużych umiejętności posługiwania się propagandą, manipulowania percepcją, utrzymywania milionów ludzi w fałszywych przekonaniach na temat ich realnej sytuacji i tworzenia przekonujących fasad, których prawdziwego znaczenia większość nie rozumie. Stało się to możliwe po pierwsze za sprawą mediów „masowego rażenia”, które kreują fałszywy obraz sytuacji i wbijają do głów fałszywe przekonania o rzeczywistości, po drugie, możliwościom sztucznego nakręcania konsumpcji. Generalnie chodzi o stworzenie bardzo przekonującej iluzji rozwoju i dobrobytu, tak by mieszkańcy neokolonii autentycznie wierzyli, że wszystko jest tak, jak być powinno. Dzięki temu są w pełni zadowoleni z konkretnej sytuacji i nie próbują jej zmienić. Bez wątpienia przykładem takiej neokolonii jest Polska, gospodarczo, politycznie i ideologicznie skolonizowana głównie przez USA, Niemcy i Izrael (które to państwa w jednym ze swoich wykładów nazwałam „trójkątem bermudzkim”). Ale oczywiście inne zachodnie byłe potęgi kolonialne – w tym Wielka Brytania, Holandia czy Francja – także uczestniczą w tym procederze. Dlatego też przyjrzyjmy się bliżej tej sprawie właśnie na przykładzie Polski.

Techniki wytwarzania fałszywej świadomości

Esencją fałszywej świadomości jest rozmijanie się tego, co subiektywnie uważamy za „oczywistą oczywistość” z tym, jak się mają sprawy w rzeczywistości. W przypadku polskiej mentalności neokolonialnej chodzi o fałszywe przekonanie, że państwa zachodnie – mówiąc w możliwie najprostszy sposób – „chciały dla nas dobrze”, czyli że rzeczywiście chodziło im o wyzwolenie naszego regionu z rosyjskiej i komunistycznej niewoli, o naszą suwerenność i wolność polityczną, o nasz rozwój gospodarczy i dobrobyt, tak abyśmy mogli „żyć jak na Zachodzie”. Stała za tym niezwykle profesjonalna i wyrafinowana propaganda, głównie amerykańska, która amerykański styl życia podniosła do rangi obiektywnego i absolutnego ideału dla całej ludzkości. Ten ideał to oczywiście demokracja, wolny rynek i konsumpcjonizm. Fałszywość tego przekonania polega oczywiście na tym, że państwom zachodnim w najmniejszym stopniu chodziło o nas, raczej o możliwość przejęcia kontroli nad naszym regionem i eksploatowanie go, a przede wszystkim o niedopuszczenie do tego, by np. Polska rzeczywiście stała się „drugą Japonią”, czyli konkurencją choćby dla gospodarki niemieckiej. Tak pokrótce przedstawiają się przekonania Polaków wobec tego, jak sytuacja wygląda naprawdę.

  W celu przeprowadzania operacji neokolonizacji Polski i naszego regionu trzeba było najpierw odpowiednio umeblować i ustawić ludzkie – w tym i polskie – głowy. Stąd też w latach powojennych rozpoczęło się napędzanie konsumpcji w państwach zachodnich dosłownie wszelkim kosztem, aby w ten sposób pokazać mieszkańcom państw socjalistycznych, że w kapitalizmie i demokracji żyje się lepiej. I oczywiście, poziom życia przeciętnego obywatela rósł tam szybciej i lepiej niż w tzw. „demoludach”. Ale koszty tego procesu oczywiście zostały utajnione. A zaliczały się do nich przede wszystkim dodruk dolara i eksportowanie spowodowanej tym inflacji na cały świat, co zostało umożliwione przez okoliczność, że to właśnie dolar był po wojnie światową walutą rezerwową i środkiem rozliczeń międzynarodowych. Do tego amerykańskie koncerny eksploatowały co się dało, używając do tego różnych międzynarodowych instytucji, jak Bank Światowy czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Amerykanie mogli więc żyć ponad stan, a inni ponosili tego koszty. Ale dla celów propagandowych działało to doskonale. Maszyneria amerykańskiego przemysłu filmowego robiła co w jej mocy, żeby pod pozorem produkcji filmów fabularnych czy seriali tak naprawdę uprawiać promocję amerykańskiej „drogi życia” (the American way of life). Widzowie na całym świecie oglądali atrakcyjnie nakręcone i ciekawie opowiedziane historie, a w tym samym czasie ich oczy i uszy chłonęły specjalnie zainscenizowane obrazy ludzi szczęśliwych, szczęśliwych – bo mających dostęp do nieograniczonej konsumpcji. Był to chyba najlepiej na świecie przemyślany i przeprowadzony marketing! Więcej: jeśli chodzi o Polaków, to chyba do dziś prawie nikt nie rozumie tego, że był to tylko i wyłącznie marketing, nakierowany na to, by Polacy chcieli być we wszystkim podobni do Amerykanów. I że w ten sposób stworzono nieograniczony wręcz popyt na wszystko, co amerykańskie… Niemcy używali analogicznej strategii, lecz kinematografia odgrywała tutaj oczywiście mniejszą rolę, gdyż z Polski do Niemiec jest bliżej i nawet można było tam pojechać albo zobaczyć coś przywiezionego z RFN przez znajomych. Zasadniczo chodziło o wytworzenie przekonania, że Zachód to raj. Nie mówiono o długach państw zachodnich, które te zaciągały na potrzeby finansowania tej maszynki sztucznego napędzania dobrobytu; nie mówiono o prywatnych długach ludzi zniewolonych konsumpcjonizmem; nie mówiono o epidemii uzależnień, depresjach, samobójstwach, rozpadzie więzi międzyludzkich czy wręcz mentalnej degradacji ludzi; o zanieczyszczaniu środowiska i tonach śmieci; o coraz większej potędze prywatnych korporacji, których politykę swego czasu Noam Chomsky nazwał totalitaryzmem korporacyjnym. Wszystkie koszty tej operacji budowania jednej wielkiej zachodniej wioski potiomkinowskiej były skrzętnie ukrywane, a jeśli ktoś o nich mówił, to był „agentem Kremla”, szerzącym „komunistyczną propagandę”.

  Stąd też upadek ZSRR dla Polaków miał status równy paruzji, gdyż był fetowany jako nadejście amerykańskiego mesjasza, który wyzwoli Polaków z rosyjskiej i komunistycznej niewoli, a potem wprowadzi do raju zachodniej demokracji i konsumpcjonizmu. Historia się zakończyła, Dobro pokonało Zło, dbanie o narodowe interesy było piętnowane jako prymitywny egoizm zakłócający harmonijną współpracę wszystkich narodów w tym ziemskim raju, gdzie wszyscy ponoć stali się już tylko braćmi i siostrami cieszącymi się demokracją i dobrobytem. A elity państw zachodnich liczyły zyski, które były gigantyczne. Albowiem trzeba było – oczywiście – nowo zdobytym neokoloniom dać poczucie dobrobytu; trzeba było na nich w końcu zarobić. Stąd zamiast czołgów przybyli przedstawiciele zagranicznych firm, którzy budowali tutaj swoje fabryki i markety, tak by ludność autochtoniczna miała gdzie zarabiać, by potem mieć za co kupować zagraniczne produkty. Konstrukcja prosta jak cep. A ludność nie czuła się podbitaa i eksploatowana, gdyż wierzyła w perfekcyjnie skonstruowany mit „wyzwolenia” i „odzyskania niepodległości”, potwierdzany przez sukcesywne podnoszenie się własnej stopy życiowej. Media zostały do tego skolonizowane przez obcy kapitał albo osoby całkowicie zindoktrynowane zachodnią propagandą, zaś osób wskazujących na to, co się realnie dzieje, po prostu nie zapraszano albo ośmieszano je. Organizowano pozorowane debaty i dyskusje, w których brali udział reżimowi eksperci. Nałożono całkowite embargo na informacje, które mogłyby zdemaskować neokolonialny charakter polityki zachodniej. Polacy upajali się konsumpcją, więc czego można było chcieć ponadto?

  Tutaj docieramy do głównego problemu neokolonializmu. Większość współczesnych ludzi oburza się oświadczeniami państw kolonialnych o tym, że przecież podnosiły poziom cywilizacyjny autochtonów, co z punktu widzenia kultury materialnej było bezsprzecznie faktem. Metropolie budowały drogi, budynki użyteczności publicznej, szkoły, szpitale. Ci sami ludzie nie widzą jednak problemu w tym, że na globalnym wolnym handlu skorzystała garstka najbogatszych elit postkolonialnych – byli i są to często dokładnie ci sami ludzie, te same rodziny, te same firmy, którzy eksploatują obecnie tanią siłą roboczą na całym globie, oferując w zamian możliwości nabywania swych produktów… Jednym słowem: konsumpcja ponad wszystko! I na tym polega esencja neokolonializmu: udział w konsumpcjonizmie za cenę zablokowania własnych możliwości produkcyjnych. W najbardziej zaawansowanej wersji neokolonializmu, jak to jest w przypadku Polski, ludzkie umysły są już tak kontrolowane, że nie odczuwają potrzeby posiadania własnego przemysłu, gdyż to co zagraniczne i tak jest przecież lepsze. Po co mieć więc własne?

Konsumpcja i produkcja, komunizm i kapitalizm

Dotykamy tutaj niezwykle ważnego zagadnienia o znaczeniu globalnym, czyli kwestii własności. Istotą neokolonializmu jest to, że daje ludności gospodarczo podbitej pewien udział w możliwościach konsumpcyjnych, ale bez dostępu do własności środków produkcji, mówiąc językiem Karola Marksa. Tutaj znowu pojawia się analogia do relacji między kapitalistami a robotnikami. Jak wiadomo, Karol Marks swoją pewność co do wybuchu rewolucji komunistycznej opierał na przekonaniu, że kapitaliści będą tak chytrzy, że nigdy nie podniosą pensji robotnikom i będą je zawsze utrzymywać na minimalnym poziomie, umożliwiającym tylko i wyłącznie biologiczną reprodukcję proletariatu. W takiej sytuacji proletariat nie miałby kompletnie nic do stracenia i w końcu wyzwolony ze swojej fałszywej świadomości przez komunistów ruszyłby do walki o swoje prawa. Stało się jednak inaczej. Pomijając fakt, że komunizm zapanował w państwach, w których kapitalizmu nie było, to tam gdzie kapitalizm był, komunizm przegrał. Zwięźle wyraził to lewicowy filozof Alexandre Kojève, który wskazał na to, że największym marksistą XX w. był Henry Ford, który swoim pracownikom tak podniósł pensje, że stać ich było na zakup samochodów, które sami w jego fabrykach produkowali… Kapitaliści przechytrzyli Marksa, gdyż zrozumieli, że podniesienie pensji leży w ich własnym interesie, bo przecież ktoś te dobra kupować musi, i to tak żeby oni mogli na tym zarobić… W ten sposób powstało społeczeństwo konsumpcyjne, które opierało na tym, że biedni wydawali wszystko, co mają na konsumpcję, często popadając przy tym w zadłużenie w bankach, zaś bogaci zarabiali na tym i gromadzili coraz większe majątki.

  Analogicznie powstał neokolonializm, w szczególności w naszym regionie po upadku ZSRR. Polskim robotnikom pozamykano polskie fabryki, wybudowano nowe, zagraniczne, dano lepsze pensje i możliwości zakupu zagranicznych produktów. Oczywiście Polacy zakładali także swoje własne firmy, ale z punktu widzenia logiki kapitalistycznej, w większości nie stanowią one „własności środków produkcji”, gdyż pełnią funkcję usługową w stosunku do firm zagranicznych. Sprzedają obce produkty czy technologie, oferują usługi oparte na takich technologiach albo produkują podzespoły do np. niemieckich samochodów, które potem sprzedawane są właśnie jako niemieckie, nawet jeśli większość ich części została wyprodukowana poza Niemcami. Prawdziwa własność środków produkcji obejmuje technologię, projekty, pełne zaplecze rozwijające myśl techniczną, patenty, cały proces produkcyjny jak i dystrybucyjny, wykształcone kadry i procedury rekrutowania czy też kształcenia tej kadry, ponadto markę oraz marketing. I to jest to, czego państwa neokolonialne nie posiadają. Dlatego są państwami „proletariackimi” w stosunku do bogatych metropolii, jak ma to miejsce w przypadku Polski i Niemiec.

  Dlaczego stanowi to problem? Wróćmy do naszej analogii między robotnikiem a kapitalistą. Nasz proletariusz po rewolucji Forda żyje z pensji, za którą może sobie kupić samochód, pralkę, lodówkę, a nawet może i dom oraz pojechać na wakacje. Nadal jest jednak tylko pracownikiem najemnym i nigdy nie zaoszczędzi tyle, żeby założyć własny biznes. Co więcej, jest do tego zniechęcany, bo zdaje mu się, że tak wygodniej, bo ukazuje mu się bariery dla wchodzących na rynek. W ten sposób będzie trwale egzystencjalnie zależny od właściciela firmy, który będzie coraz bogatszy. Idźmy dalej. Proletariusz XXI wieku żyje w świecie czwartej rewolucji przemysłowej a właściciel jego firmy zainwestował w automatyzację oraz sztuczną inteligencję i dochodzi do wniosku, że właściwie pracowników już prawie nie potrzebuje. Ludzie tracą pracę, a z mediów dowiadują się, że pewnie już jej nigdy nie znajdą, bo sztuczna inteligencja (SI) i roboty wykonają ich pracę lepiej. Oczywiście jak bumerang wraca pytanie o to, kto będzie kupował np. samochody, przecież nie roboty i SI… Bezrobotnych proletariuszy nie będzie już na nie stać i nie będą też już ich potrzebować, skoro nie będą jeździć do pracy… Robi się nieprzyjemnie, ktoś rzuca hasło „depopulacja”, jakiś miliarder mówi o tym, że trzeba zredukować liczbę ludności do stanu sprzed rewolucji przemysłowej. I to jest mniej więcej ten moment, w którym się znajdujemy. Wydaje się, że elity post– i neokolonialne preferują chyba model depopulacji, nawet za cenę zmniejszenia swoich zysków, ale chyba zamierzają zrekompensować to sobie przez totalną kontrolę tej części społeczeństwa, która pozostanie przy życiu. Czyli władza dla władzy, zamiast coraz większej „kasy”. Na tym właśnie polega asymetria władzy związana z własnością środków produkcji i jej brakiem. Środki produkcji to podstawa zabezpieczenia swoich egzystencjalnych interesów, gdyż w realiach czwartej rewolucji przemysłowej bogaci zamierzają decydować o życiu i śmierci tych biedniejszych. Brak własności środków produkcji oznacza egzystencjalną zależność od tych, którzy ją posiadają. Doskonale rozumiał to Karol Marks. Zachodnia, antykomunistyczna propaganda sprawiła jednak, że nikt już prawie go nie czyta i wierzy w dobroć różnych Rotschildów, Gatesów czy Rockefellerów. Co więcej, wyżej wymienieni pracują nad tym, żeby ludzie już nawet towarów konsumpcyjnych na własność posiadać nie chcieli… A jeśli ktoś twierdzi, że na tym właśnie polega „marksizm kulturowy”, że ludzie nawet domów, samochodów, narzędzi czy ubrań nie będą mieli na własność (mimo iż Marks mówił o potrzebie zniesienia własności prywatnej środków produkcji), to jest zwykłym propagandzistą na służbie Rotschildów, Gatesów czy Rockefellerów właśnie, którzy chcą ludzi wywłaszczyć dosłownie ze wszystkiego.

  Nie jestem marksistką, o ile chodzi o sposób emancypacji robotników. Moim ideałem jest dystrybucjonizm G.K. Chestertona, który nie bez powodu był jednocześnie zagorzałym nacjonalistą i wrogiem imperializmu oraz kolonializmu. Chesterton podkreślał, że kapitalizm krytykuje za to, że jest w nim… za mało kapitalistów. Dokładnie ten sam zarzut można podnieść w stosunku do neokolonializmu ściśle związanego z neoliberalizmem. „Przekręt” zachodniego antykomunizmu polegał na tym, że w państwach postsocjalistycznych, wraz z pojawieniem się tam zachodniego kapitału, wcale nie przybyło prawdziwych kapitalistów! Bo ci nadal żyją na Zachodzie, a swoje zyski tylko zwiększyli, gdyż cały dochód związany z produkcją i handlem wypływa z państw postsocjalistycznych do zachodnich metropolii. W ten sposób utrwala się asymetria np. między gospodarką polską a niemiecką. Kto produkuje, ten zbiera wiedzę, doświadczenie, rozwija technologie, umiejętności zarządzania ludźmi, nadzorowania procesów produkcji, dystrybucji, logistyki, buduje swoją sieć wpływu, kontakty, buduje swoją markę, wizerunek, grono klientów. To potężny kapitał! A kto produkuje, ten sprzedaje, zatem zarabia i może kumulować, może też inwestować w dalszy rozwój. To jest postawa osoby autonomicznej, suwerennej, która chce być na swoim, być sama sobie panem, chce własność. To ideał Chestertona, to także mój ideał i ideał każdego, kto prawo narodów do samostanowienia traktuje poważnie! Kto produkuje, ten ma i decyduje, kto i na jakich warunkach co dostanie. Jest niezależny.

Kolonizacja głów

  W Polsce, jako absolutnie idealnej neokolonii, większość ludzi takiej potrzeby niezależności narodowej wcale nie posiada. Dostęp do konsumpcji na zachodnią modłę całkowicie zaspokaja ich wszelkie aspiracje życiowe, a trudnych pytań o długofalowe negatywne konsekwencje takiego stanu rzeczy ludzie sami sobie nie stawiają. Tym samym w szczególności Niemcy całkowicie osiągnęli swoje cele gospodarcze co do Polski – mają wreszcie swoją wymarzoną kolonię, czyli tanią siłę roboczą, rynek zbytu na swoje produkty i całkowitą pewność, że Polakom nie przyjdzie do głowy chcieć produkować, tworzyć coś własnego i stanowić realną konkurencję dla gospodarki niemieckiej. Mogą spać spokojnie, większość Polaków jest w pełni zadowolona z istniejącego stanu rzeczy. Dobra robota, panowie – można by rzec – w 1939 r. kiepsko się za to zabraliście. Polska gospodarczo dla Niemiec stała się tym, co tzw. republiki bananowe dla USA.

  Neokolonializm wtedy staje się trwałą formą panowania, jeśli dokona kolonizacji głów. Czyli skutecznie zablokuje rozwój ambicji ludu podbitego do tego by reprezentować wyższą formę egzystencji niż tę ograniczoną do konsumpcji tego, co „panowie” im przyznają – na swoich własnych warunkach oczywiście. Jeśli nie ma woli, by zmienić istniejący stan rzeczy, wyrwanie się z tej formy zależność w oczywisty sposób nie jest możliwe. Inaczej jest w przypadku, kiedy ludność zdaje sobie sprawę ze swojej sytuacji i chciałaby ją zmienić. Tutaj problemem może być brak wiedzy, umiejętności, kapitału, technologii, blokowanie możliwości rozwoju przez obce kanały wpływu, które mogą tłamsić czy nawet eliminować jednostki ambitne, mogące realnie zaszkodzić ich interesom. Ze względu na przewagę i asymetrię trudno jest się wydobyć z takiego stanu.

  Państwem, które przerwało taki stan rzeczy, a co jest czymś nowym w naszej najnowszej historii, są bez wątpienia Chiny. To peryferia – mówiąc językiem Immanuela Wallersteina – które zdołały zrzucić z siebie jarzmo neokolonialnej zależności od centrum, i stały się dla Zachodu prawdziwym wyzwaniem. Budowane przez nich BRICS przyciąga wszystkie ofiary zachodniego kolonializmu i neokolonializmu, które straciły jakąkolwiek nadzieję, że „Zachód się zmieni” i rzeczywiście zacznie traktować je jako równorzędnych partnerów. Trochę niby żona alkoholika, która – straciwszy wszelkie złudzenia co do tego, że „on się zmieni” – odchodzi i układa sobie życie na nowo. Tak samo jest z państwami tzw. Globalnego Południa, które często Zachodu nienawidzą albo przynajmniej odczuwają duże rozżalenie i rozczarowanie, bo przestały wierzyć we wszystkie frazesy i obietnice o poszanowaniu praw człowieka oraz samostanowienia narodów, o trosce o rozwój krajów zacofanych etc. Przyłączają się one do BRICS, mając nadzieję, że w oparciu o chińskie technologie i chiński kapitał wydźwigną się z poniżającego statusu neokolonii. Wierzą, że skoro Chinom się udało, to im też się uda.

  Pozostaje mieć nadzieję, że rzeczywiście jesteśmy świadkami początku prawdziwego procesu dekolonizacji, ale już nie „formalnej”, lecz „materialnej”, czyli wyrównywania autentycznych możliwości rozwoju i zmniejszania się istniejących asymetrii. Wiele wskazuje na to, że tak jest. Sprawa jest o tyle ciekawa, że jeśli Chiny rzeczywiście odegrają taką rolę, to oznaczałoby to, że proces realnej dekolonizacji rozpoczęło państwo oficjalnie stojące na gruncie ideologii komunistycznej, aczkolwiek z realnym marksizmem niemające nic wspólnego… To nawet nie trzecia droga między Marksem a Fordem, to w istocie chińska droga. Co oznacza z kolei, że państwo to, a raczej jego mieszkańcy, nie dali sobie skolonizować głów obcymi pomysłami, tylko stworzyli sobie swoje własne. I właśnie dobry pomysł własny stoi na początku każdej drogi do wolności! 

  Kiedy bez dokładnego sprawdzenia przyjmujemy gotowe obce rozwiązania, obcą chęć „pomocy” i udawaną troskę, to mamy pewność, że stoi za tym obcy gotowy „pomysł na nas”, na to w jaki sposób mamy być przydatni dla kogoś. Takie oferty można oczywiście przyjąć, ale tylko wtedy naprawdę z nich skorzystamy, jeśli będziemy mieć własny pomysł na to, jak wykorzystać je adekwatnie do własnej sytuacji. Wolność zaczyna się w głowie! Dlatego też państwa zachodnie tyle trudu wkładają w to, by utrzymywać ludzi w fałszywym przekonaniu, że poza zachodnimi wzorcami demoliberalizmu nie ma możliwości rozwoju i życia w dobrobycie. Globalne Południe już w to nie wierzy i dlatego znalazło się na początku własnej drogi do wolności. Prawdziwa wolność zaczyna się wtedy, kiedy chcemy wziąć własne sprawy we własne ręce i przestajemy opierać się na „trosce” innych, tylko tworzymy własny pomysł na siebie i zdobywamy własne środki potrzebne do realizacji naszych pomysłów.

  Oby przybywało państw i narodów, które pójdą dokładnie tą drogą. Świat przez to stanie się znowu bardziej różnorodny, barwny i ciekawy, gdyż ludzkość zrzuci z siebie jarzmo odgórnej uniformizacji realizowanej na potrzeby globalnych, totalitarnych korporacji, które cały świat ustawiają pod siebie. Ludzie staną się kimś więcej niż biernymi konsumentami pracującymi na najbogatszych tego świata. Zaczną tworzyć, działać, budować, zmieniać siebie i swoje otoczenie, ulepszać swój świat. Potencjał ludzkości jest olbrzymi a neokolonializm sztucznie go blokuje, by najbogatsi mogli być jeszcze bogatsi i by mogli mieć cały świat na własność, decydując o życiu i śmierci miliardów ludzi. To nowotwór, choroba ludzkości, pasożyt, który musi być zniszczony, gdyż inaczej doprowadzi swojego żywiciela do śmierci. Wydaje się, że państwa BRICS są świadome tego, że naprawdę walczą o swoje przeżycie. A przy okazji także i nasze, nawet jeśli prawie nikt tego w Polsce nie rozumie, a ci którzy o tym mówią, są oczywiście mieszani z błotem jako „komuniści”, „agenci Kremla” czy „ruskie onuce”. Propaganda z czasów zimnej wojny nad Wisłą ciągle działa, co pokazuje, że Polacy w latach 80. zatrzymali się w rozwoju, czego w większości nie rozumieją, gdyż właśnie na tym polega neokolonializm doskonały. 

 

 

Magdalena Ziętek-Wielomska

Neokolonializm zaczyna i kończy się w głowach.

Tekst pierwotnie został opublikowany Nowoczesna Myśl Narodowa i jest udostępniony na licencji Creative Commons 4.0

 
We use cookies

Na naszej stronie internetowej używamy plików cookie. Niektóre z nich są niezbędne dla funkcjonowania strony, inne pomagają nam w ulepszaniu tej strony i doświadczeń użytkownika (Tracking Cookies). Możesz sam zdecydować, czy chcesz zezwolić na pliki cookie. Należy pamiętać, że w przypadku odrzucenia, nie wszystkie funkcje strony mogą być dostępne.