O roli Józefa Piłsudskiego w odrodzeniu państwa polskiego napisano już sporo. Postać Romana Dmowskiego wydaje się wciąż niedoceniana i umieszczana na marginesie opowieści o polskiej niepodległości. Dlaczego? Jaki był rzeczywisty wkład tego polityka w przywrócenie Polski na mapę Europy? Te kwestie rozważa profesor Krzysztof Kawalec, pracownik Uniwersytetu Wrocławskiego i Instytutu Pamięci Narodowej.

Muzeum Historii Polski, Natalia Pochroń: Roman Dmowski to chyba jeden z najbardziej niedocenionych polityków polskich XX wieku. Przez długi czas pozostawał w cieniu Piłsudskiego, któremu zwykło się przypisywać największe zasługi w odbudowie państwa polskiego, a i dziś jego rola bywa często marginalizowana. Dlaczego?

Krzysztof Kawalec: Powodów jest co najmniej kilka. Wpływ Dmowskiego na odrodzenie Polski nie zaznaczył się w formach tak spektakularnych jak w przypadku Piłsudskiego. Dmowski nie był wodzem, nawet w obrębie własnego stronnictwa. Był politykiem cywilnym, intelektualistą, bywał dyplomatą. Podczas I wojny światowej, działając na Zachodzie, wszedł w rolę lobbysty, który konsekwentnie i mozolnie krzewił wśród zachodnich polityków i środowisk opiniotwórczych ideę niepodległej Polski. I to całkiem skutecznie – udało mu się tam stworzyć silny ośrodek polityczny i to właśnie on – a nie organizujący się w Warszawie rząd zdominowany przez socjalistów – zyskał rangę oficjalnej reprezentacji polskiej.

Poza tym Dmowski był intelektualistą, potrafiącym trafnie odczytywać trendy epoki i wyciągać z nich rozwiązania na przyszłość. Warto tu wiedzieć, że Dmowski był autorem jedynego w swoim rodzaju opracowania politologicznego, poświęconego sytuacji w Europie Środkowo-Wschodniej. W przeznaczonej dla brytyjskiego rządu broszurze ukończonej w lecie 1917 r. powiązał postulaty polskie z wizją szerszego porządku europejskiego, który, jak prognozował, powstać miał po wojnie na gruzach dawnych imperiów. Jakkolwiek takich dokumentów powstawało w czasie Wielkiej Wojny mnóstwo – ten był wyjątkowy z uwagi na zdumiewającą zgodność zarysowanej w nim wizji z ładem, który żywiołowo uformował się półtora roku później. Kunszt intelektualisty i analityka, zaprezentowany w tym opracowaniu, był absolutnie wyjątkowy. Ale to jednak mniej przemawiało do wyobraźni zbiorowej niż heroiczna legenda Legionów.

MHP: Opowieść o zwycięskim wodzu i jego żołnierzach świetnie wpisuje się w romantyczny mit narodowych powstań, niezłomnego ducha walki. Opowieść o Romanie Dmowskim – opierającym się na pragmatyzmie i chłodnej kalkulacji – jest zdecydowanie inna. Trudniejsza?

Krzysztof Kawalec: Z pewnością. Roman Dmowski nie miał po prostu swojej legendy – nie występował w mundurze, nie walczył na froncie, nie wydawał rozkazów wojsku. Nie założył rodziny, co zawsze ociepla wizerunek polityka. Piłsudski to wszystko miał, a do tego swoją legendą rewolucjonisty i buntownika wpisywał się w tradycję dziewiętnastowiecznych powstań i zrywów niepodległościowych. Odwoływał się do resentymentów, opartych na wrogości do zaborcy krwawo tłumiącego polskie powstania i robił to niezwykle skutecznie. Ten przekaz nawet dzisiaj oddziałuje na naszą wyobraźnię.

Roman Dmowski - ostatnie zdjęcie wykonane w Warszawie, maj 1938. Domena publiczna.

Roman Dmowski - ostatnie zdjęcie wykonane w Warszawie, maj 1938. Domena publiczna.

MHP: Dmowski natomiast nie tylko nie wpisywał się w narrację walki z Rosjanami, co wręcz otwarcie głosił konieczność współpracy ze znienawidzonym zaborcą. Dlaczego?

Krzysztof Kawalec: To prawda, Rosja była najbardziej znienawidzonym ze wszystkich zaborców. Jako że zabór rosyjski był największy ze wszystkich zaborów, była postrzegana jako główny przeciwnik Polski. Prócz resentymentów po stłumionych powstaniach narodowych w XIX wieku, ważył także sam charakter państwa, rządzonego wszechwładnie i przy użyciu brutalnych metod, w sposób barbarzyński. Polacy natomiast uważali się za część świata zachodniego, tworzonego przez społeczeństwa wolne. W tej sytuacji ogłoszenie przez Dmowskiego w przededniu wojny orientacji na Rosję szło przeciw dominującym nastrojom. Niemniej uznał on za konieczne przeciwstawienie się im.

Ogromną rolę odgrywała tu pamięć o powstaniu styczniowym. Prócz militarnej klęski jego skutkiem było zacieśnienie fatalnej dla sprawy polskiej współpracy niemiecko-rosyjskiej. Zresztą przez cały XIX wiek obawa przed ruchem irredentystycznym Polaków stanowiła swego rodzaju spoiwo łączące państwa zaborcze. Formalnym wyrazem tej współpracy był tzw. układ trójcesarski – łączący wszystkie państwa zaborcze sojusz polityczno-militarny. Kiedy jednak w końcu XIX stulecia obawy przed polską irredentą utraciły aktualność, Rosja rozluźniła współpracę z obu państwami niemieckimi (Niemcami i Austrią), a zacieśniła z Zachodem. Dmowski obawiał się, że próba wejścia na udeptany, ale politycznie nieefektywny szlak irredenty, doprowadzi do ponownego zbliżenia państw zaborczych, przekreślając nadzieje na wojnę między nimi - i w efekcie na wyrwanie sprawy polskiej z impasu, w którym tkwiła przez cały wiek XIX.

Oczekiwanie na wojnę, a także spekulacje co do możliwego jej przebiegu oraz skutków, wyznaczały punkty ciężkości kalkulacji Dmowskiego. Uważał on, że ewentualne zwycięstwo państw niemieckich może przynieść co najwyżej kolejny podział ziem polskich. Natomiast ich klęska niosła możliwość przynajmniej zjednoczenia ziem polskich pod jednym panowaniem.

MHP: Zamiana trzech zaborców na jednego – i to najbardziej znienawidzonego – miała być dla Polaków lepszym rozwiązaniem?

Krzysztof Kawalec: Tak. Rozbiory zniszczyły dawną Rzeczypospolitą, wieloetniczną i wielokulturową. W ich rezultacie każda z narodowości poszła własną drogą – co więcej, funkcjonowanie w obrębie trzech różnych organizmów państwowych zagroziło także więzom łączących etnicznych Polaków. Polacy z Galicji nie przepadali za tymi z Kongresówki czy ze wschodnich rubieży, poczucie odrębności narastało także w Poznańskiem czy na Pomorzu. Jego ślady można obserwować po dziś dzień. Dmowski dostrzegał te procesy i wychodził z założenia, że jeśli się ich szybko nie przerwie, ich rezultaty będą katastrofalne, nie do odwrócenia. Dlatego za lepsze rozwiązanie uważał zebranie wszystkich ziem pod jednym panowaniem. Przekonanie, że Rosja jest kolosem na glinianych nogach, pozwalało mu liczyć, że jej panowanie nad zjednoczoną Polską nie potrwa wiecznie. Ale tu trudno odróżnić kalkulacje od marzeń. Natomiast przekonanie, że tak daleko idąca zmiana w położeniu sprawy polskiej wymaga wojny – było racjonalne.

MHP: Dmowski rewolucjonistą?

Krzysztof Kawalec: Nie zawahałbym się użyć takiego określenia. Zarówno Dmowski jak Piłsudski byli politykami rewolucyjnymi, jeśli przez słowo rewolucyjny rozumieć gotowość do posługiwania się przemocą czy zgodę na nią. Obaj zdawali sobie sprawę z tego, że szczególny charakter sprawy polskiej powoduje, że nie da się osiągnąć w niej istotnego postępu bez zburzenia całej politycznej mapy Europy Środkowo-Wschodniej. To zaś było możliwe jedynie w warunkach wojny i to takiej, która zaangażuje i wyczerpie wszystkie zasoby krajów biorących w niej udział. Obaj też głęboko wierzyli, że siła Rosji i państw niemieckich w dłuższej wojnie okaże się niewystarczająca. Z nadzieją więc wyczekiwali konfliktu światowego. W tym jednak miejscu ich kalkulacje się rozchodziły.

Piłsudski poszedł ścieżką dawnej irredenty, tworząc na terenie zaboru austriackiego oddziały paramilitarne do walki z Rosją. Natomiast Dmowski, deklarując wsparcie Rosji w zbliżającej się konfrontacji z Niemcami, podjął działania, w których deklaracje rozmijały się z praktycznymi poczynaniami. W tym kontekście przypomnieć warto zwiększoną aktywność tajnej Ligi Narodowej poza obszarem zwartego osadnictwa polskiego – na przykład na terenie Ukrainy. No i celem działań Dmowskiego było rozwiewanie obaw rosyjskich przed podjęciem ryzyka wojny z państwami niemieckimi… Gdyby oceniać te działania z rosyjskiej perspektywy – dowodziły one wyjątkowej perfidii i stanowiły wyrafinowany przykład zdrady stanu: należy wszak pamiętać, że formalnie Dmowski był rosyjskim poddanym.

MHP: Mimo to zarzuca mu się często lojalizm i prorosyjskość.

Krzysztof Kawalec: Zupełnie niesłusznie. Dmowski prowadził grę. Z jednej strony zapewniał Rosję, że może liczyć na lojalność Polaków, dla których to Niemcy są największym wrogiem. Z drugiej – kiedy wybuchła wojna, z nadzieją wypatrywał symptomów rozpadu państwa carów. Szukając możliwości wsparcia sprawy polskiej przez sojuszników Rosji, wyjechał na Zachód. Licząc, że łatwiej uda mu się to osiągnąć w Wielkiej Brytanii, osiadł w Londynie. Póki reżim carski trzymał się mocno, nie za wiele zdziałał, wszakże gdy pojawiła się szansa, skorzystał z niej bezzwłocznie. Po obaleniu caratu, już w marcu 1917 r., przedstawił rządowi brytyjskiemu dokumenty precyzujące stanowisko polskie w kwestii terytorium przyszłego państwa. Co istotne, nie było ono wytworem chwili. Dmowski ujawnił plany, które dobrze przemyślał i których później konsekwentnie się trzymał. Możemy więc powiedzieć, że w jego przypadku oficjalne deklaracje, jakie składał przed wojną i w pierwszych jej latach, znacząco mijały się z rzeczywistymi dążeniami.

MHP: A poparcie ruchu neoslawistycznego? Też było jedynie grą pozorów?

Krzysztof Kawalec: Owszem, chociaż chyba można powiedzieć, że Dmowski w tym momencie poszedł o ten jeden krok za daleko. Wydaje się zresztą, że sam to zrozumiał, bo szybko się z tej inicjatywy wycofał. Wyrastała ona jednak z – jaka cała jego polityka przed 1914 r. - z nadziei na wybuch wojny. Warto tu przypomnieć, że zjazd słowiański w Pradze w 1908 roku odbywał się w atmosferze napięcia w stosunkach międzynarodowych wywołanego aneksją Bośni i Hercegowiny. Rosja protestowała, groziła wojną i w pewnym momencie wydawało się, że rzeczywiście może do niej dojść. Jako że Dmowski widział w wojnie szansę - z takiej perspektywy decyzja o poparciu ruchu neoslawistycznego staje się zrozumiała. Czy do obronienia – to zależy m.in. od tego, czy w ogóle akceptujemy politykę opartą na oczekiwaniach na wybuch wojny.

Natomiast trzeba powiedzieć, że koszty proklamowanego kursu na Rosję były wysokie. Dmowski zapłacił za nią dwoma dużymi rozłamami – w 1908 roku i 1911 roku. Odeszła wówczas od Narodowej Demokracji spora część działaczy, głównie młodzieży.

MHP: O jakiej Polsce marzył Dmowski?

Krzysztof Kawalec: Dmowski był czynnym politykiem przez blisko czterdzieści lat, jego marzenia i wizje z biegiem czasu się zmieniały. Biorąc jednak za punkt wyjścia jego publicystykę sprzed I wojny światowej oraz działalność w czasie tego konfliktu, można powiedzieć, że Polska w jego przekonaniu miała być przede wszystkim krajem związanym z Zachodem i upodabniającym się do niego – zarówno pod względem ustrojowym, jak i politycznym. Wyraz takim poglądom dał między innymi w przemówieniu wygłoszonym w rosyjskiej Dumie w 1907 roku - kiedy porównał genezę władzy w krajach wschodnich i zachodnich. W tych pierwszych władza narzucana była jego zdaniem odgórnie, przez jednostkę lub grupę rządzącą dążącą do narzucenia swej woli społeczeństwu. Natomiast na Zachodzie to właśnie społeczeństwo miało głos decydujący - przez wybór swoich przedstawicieli do organów władzy, poddanych kontroli. Dmowski uważał Polskę za kraj zachodni i taki też ustrój uważał dla niej za właściwy.

Jeśli zaś chodzi o wizję polityczną – ta (przynajmniej do czasu) wyrastała z fascynacji światem anglosaskim. Opowiadał się bowiem za systemem dwupartyjnym, opartym na partii liberalnej i „narodowej” rywalizujących między sobą, co jego zdaniem chronić miało politykę państwa przed jednostronnością, grożącą atrofią aparatu państwa z jednej strony, z drugiej nadmiernym jego rozrostem i tłumiącym gospodarkę fiskalizmem z drugiej. Nie był to pomysł realny. Nawet w krajach anglosaskich mechanizm ten w latach międzywojennych szwankował, w warunkach zaś Polski, przy mozaice wielu partii politycznych i licznych mniejszościach narodowych, nie dałoby się go wprowadzić.

MHP: A jeśli chodzi o terytorium? Dlaczego nie chciał przywrócenia granic przedrozbiorowych?

Krzysztof Kawalec: Przede wszystkim dlatego, że pozostawiłyby one w granicach państwa polskiego zbyt duży odsetek mniejszości narodowych, z których odrębnymi dążeniami narodowymi (z polskiego punktu widzenia separatystycznymi) państwo to mogłoby sobie nie poradzić. Dlatego Dmowski uważał, że co najmniej 60% wszystkich obywateli powinni stanowić Polacy. Identyfikacja większości obywateli z państwem była także warunkiem wprowadzenia w Polsce instytucji politycznych typu zachodniego. Polska musiała być więc zdominowana przez żywioł polski, aby jej obywatele byli w stanie wyłonić parlament, w którym możliwe będzie powołanie rządu zdolnego do prowadzenia skoordynowanej polityki. Mając to na uwadze, opowiadał się za ograniczeniem skali aspiracji polskich na Wschodzie.

Przeciw opieraniu programu na wizji granic z 1772 r. przemawiała także potrzeba zapewnienia państwu polskiemu pewniejszego dostępu do morza, a także potrzeba przyłączenia Śląska, nie należącego do dawnej Rzeczypospolitej, ale zamieszkałego przez ludność polską i potrzebnego Polsce z uwagi na jego złoża i kopalnie węgla – najważniejszego surowca strategicznego w tamtym czasie.

MHP: Dmowski, podobnie zresztą jak Piłsudski, przekonywał, że między takimi sąsiadami jak Niemcy i Rosja Polska powinna być silnym państwem. Czy jednak zrzeczenie się tak znacznej części ziem na Wschodzie – blisko dwóch trzecich obszaru zaboru rosyjskiego – dodatkowo jej nie osłabiało?

Krzysztof Kawalec: Pozornie jedynie. Czy powiększenie państwa o ziemie zamieszkiwane przez obywateli, którzy niczego nie życzą sobie bardziej jak tego, by znaleźć się w innym kraju, rzeczywiście zwiększa jego siłę? Raczej generuje dodatkowe trudności, bo państwo musi wówczas dzielić swą energię między niebezpieczeństwa zewnętrzne, a konieczność utrzymania w ryzach buntujących się obywateli. Takie stanowisko nie oznaczało jednak zgody na granicę etnograficzną. Dmowski chciał bowiem objąć granicami Polski ośrodki zwartego osadnictwa polskiego (Wileńszczyzna, Galicja Wschodnia), ale także – w celu wyprostowania linii granicznej - Polesie i Wołyń, gdzie ludność polska była nieliczna. Chodziło bowiem także o to, aby w miarę możliwości oddalić granicę od centrum kraju. W przypadku ewentualnego konfliktu pozwoliłoby to zyskać czas. Mowy nie było zatem o rezygnacji z całych Kresów – większą ich jednak część zgadzał się Dmowski pozostawić poza granicami Polski.

MHP: W 1915 roku, wykorzystując szansę jaką stwarzał konflikt między zaborcami, Dmowski skierował się na Zachód – w stronę państw Ententy, propagując wśród nich ideę niepodległej Polski. Skutecznie? Z jaką reakcją się spotkał?

Krzysztof Kawalec: Nie było łatwo. W pierwszej kolejności udał się do Wielkiej Brytanii. Zdawał sobie sprawę z tego, że Francja, walcząc o przeżycie, nie będzie ryzykować gniewu Rosji. Sądził, że Wielka Brytania, jako państwo morskie, mniej będzie liczyła się ze stanowiskiem rosyjskim. Nie całkiem się to potwierdziło: także tam przez pierwsze lata (aż do upadku caratu) działać musiał bardzo ostrożnie, poruszając się w wąsko zakreślonych granicach. Dmowski wielokrotnie odbijał się od przysłowiowej ściany, odsyłany z kwitkiem przez polityków brytyjskich. Odpowiedzi, jakie od nich otrzymywał, przechowywane w zasobach Muzeum Niepodległości w Warszawie (Archiwum Romana Dmowskiego) są dostępne dla badaczy. Ich lektura robi przygnębiające wrażenie.

Łatwiejszy okazał się dostęp do środowisk opiniotwórczych, w tym bohemy artystycznej. Dmowskiemu udało się też nawiązać kontakty robocze z analitykami Foreign Office, zajmującymi się Europą Środkowo-Wschodnią, którym starał się pomagać, występując w roli rzeczoznawcy dostarczającego potrzebne informacje. Zapewne nie był tu całkiem obiektywny – przedstawiał sprawy w świetle korzystnym dla Polski.

MHP: Dmowski chyba nie był jedynym Polakiem, który szukał wsparcia u Brytyjczyków?

Krzysztof Kawalec: Nie, ale najważniejszym spośród polityków prokoalicyjnych. Na gruncie brytyjskim analogiczne działania prowadziły jednak również postacie wspierające tworzenie pod okupacją niemiecką struktur państwa polskiego. Największą rolę odgrywał w nich August Zaleski, późniejszy minister spraw zagranicznych II Rzeczpospolitej. Brytyjczycy tolerowali tę aktywność ze względów sondażowych (zawsze lepiej otrzymywać informacje z kilku ośrodków), natomiast próby ich przekonywania do niemieckiej polityki faktów dokonanych w Europie-Środkowowschodniej - w tym koncepcji Mitteleuropy, której częścią miała być między innymi budowana pod egidą Niemiec Polska – były rzecz jasna bezskuteczne. Prowadząc wojnę z Niemcami, Wielka Brytania interesowała się rozwiązaniami, które nieprzyjaciela osłabiałyby, a nie takimi, które uczyniłyby go jeszcze silniejszym.

I te właśnie oczekiwania starał się spełnić Dmowski, występując z wizją porządku, w którym terytoria Niemiec i Rosji zostałyby rozdzielone pasem państw broniących własnej niepodległości, które – zagrożone presją ze strony dawnych hegemonów regionu – szukałyby oparcia na Zachodzie. Brytyjczycy nie zdecydowali się wprawdzie na poparcie tych koncepcji, idących ich zdaniem za daleko, udzielili wszakże Dmowskiemu kredytu zaufania. Kiedy już po przeniesieniu się do Francji utworzył on Komitet Narodowy Polski, uzyskał on w 1917 poparcie także Wielkiej Brytanii oraz status oficjalnej reprezentacji polskiej. Nie oznaczało to wprawdzie poparcia całości projektu politycznego Dmowskiego, ale stanowiło wymierny sukces.

MHP: Przyszedł koniec wojny i ten ważny dla nas 13 Punkt Wilsona, mówiący o utworzeniu państwa polskiego. Czy Roman Dmowski odegrał jakąś rolę w jego sformułowaniu? Czy może był to bardziej wynik pomyślnej koniunktury międzynarodowej?

Krzysztof Kawalec: Dmowski nie wywarł wpływu na deklarację Wilsona, bardziej można tu mówić o działaniach lobbingowych Paderewskiego, który cieszył się wśród Amerykanów sporym szacunkiem. Postulat odbudowy Polski w granicach etnograficznych wpisywał się w zestaw liberalnych zasad, zgodnie z którymi każdy naród miał prawo do samostanowienia. Jeśli tak, to takie prawo należało przyznać również Polakom. Tymczasem cele Dmowskiego szły dalej: jego wizja Polski jako państwa dużego i znaczącego wykraczała poza ramy etnograficzne.

Zdobyczą Dmowskiego było natomiast uzyskanie 3 czerwca 1918 r. tzw. deklaracji wersalskiej. Podpisana przez wszystkie państwa sprzymierzone (z wyjątkiem USA, które jednak były państwem „stowarzyszonym”), dzisiaj niesłusznie zapomniana, była najdalej idącą deklaracją wydaną podczas tamtej wojny. Utworzenie niepodległej Polski, zjednoczonej z 3 zaborów, z dostępem do morza - uznano za jeden z celów wojennych państw sprzymierzonych. To nie było już tylko niezobowiązujące poparcie czy wyrażenie opinii, a uznanie odrodzenia państwa polskiego za jeden z celów wojennych – co zawierało w sobie obietnice nie kończenia wojny, dopóki państwo polskie się nie odrodzi. Był to bez wątpienia przełom w sprawie polskiej, swego rodzaju akt założycielski przyszłej Drugiej Rzeczypospolitej – będącej państwem suwerennym, zjednoczonym z 3 zaborów, z dostępem do morza, politycznie orientującym się na państwa zachodnie... Dmowski mógł z czystym sumieniem uznać go za swój osobisty sukces.

MHP: Dmowski żył i działał w diametralnie innej rzeczywistości, stąd też wiele jego poglądów, które wówczas świetnie się sprawdzały, dziś straciło swą aktualność. Czy jest jednak jakaś myśl, która znajduje zastosowanie również dzisiaj?

Krzysztof Kawalec: Przede wszystkim byłoby to poczucie odpowiedzialności za wspólnotę i umiejętność przekładania interesu narodowego ponad partykularny. Dmowski dowiódł tego wielokrotnie. Charakterystycznym, choć nie jedynym przykładem tej jego umiejętności, było jego znane wystąpienie ze stycznia 1919 r. przed kierującym paryską konferencją pokojową forum szefów rządów i ministrów zagranicznych mocarstw zwycięskich. Zapytany o opinię na temat rządów socjalistycznych w Warszawie i o to, czy nie doprowadzą one do rewolucji, bez wahania wziął je w obronę. Uczynił to, mimo że socjaliści byli jego przeciwnikami politycznymi i że był przez nich w tym czasie brutalnie atakowany. Miał jednak wystarczająco wiele wiedzy i politycznej wyobraźni, by zdawać sobie sprawę z kosztów konfliktu wewnętrznego i możliwych skutków jego eskalacji. Uważał też, że jest niedopuszczalne szukanie pomocy w rozwiązaniu polskich sporów u obcych państw - nawet zaprzyjaźnionych, gdyż pomoc taka zbyt wiele kosztuje.

Zastanawiam się też nad aktualnością postrzegania przez Dmowskiego świata jako swego rodzaju areny nieustannej walki wszystkich ze wszystkimi - w którym silniejsi podporządkowują sobie słabszych, lub ich niszczą. Dmowski na swój sposób akceptował takie reguły gry, dążąc do tego, aby Polacy mogli występować z pozycji siły i zwyciężać. Czy jednak rzeczywiście świat dzisiaj tak wygląda? Jakiś czas temu powiedziałbym, że nie, że tendencje do współpracy zaznaczają się co najmniej z równą siłą, a i sama rywalizacja, po doświadczeniach obu wielkich wojen, nie zaznacza się w formach tak ostentacyjnie brutalnych, jak kiedyś. Dzisiaj jednak nie mam już takiej pewności. Żyjemy w bardzo niepewnej i niespokojnej rzeczywistości – a w takich czasach optyka Dmowskiego odzyskuje aktualność, przynajmniej w roli analitycznego narzędzia, pozwalającego zrozumieć, co się wokół dzieje.

- rozmawiała Natalia Pochroń

Artykuł został pierwotnie opublikowany [2022-02-09] na portalu Muzeum Historii Polski i udostępniany jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Muzeum Historii Polski.

 

Menu postaci